Cała nasza codzienność, nasza egzystencja złożona
jest z paradoksów. Ciągła, nieustająca ironia losu. Wierzymy, że dzięki
dobrym uczynkom osiągniemy życie wieczne. Jako jedyne istoty mamy
świadomość naszej śmiertelności. A i tak jesteśmy obłąkani, bo cały
świat zwariował. Nic nas nie zaskakuje. Wszystko jest normalne w swej
nienormalności. Nie dostrzegamy, tylko dosięgamy. Trudno znaleźć
wrażliwość, bo leży uśpiona, ukryta pod płachtą powierzchowności.
Jesteśmy obojętni na otoczenie i emocje. Mimo to potrafimy pokładać
nadzieje w drugim człowieku, ślepo i tak mocno, że dopiero rozczarowanie
pokazuje nasze zatracenie w wierze, która wydawała się przecież
niezłomna. Budujemy wokół siebie mury. Samokontrola wyczulona do granic możliwości. By
nad wszystkim panować, żeby tylko nie odlecieć, bo przecież musimy
twardo stąpać po ziemi. Wszystko jest narzucone. Zaszczepione pragnienie
wolności, ale narzucona wolność to właśnie jej brak. Samokrytyka nie
istnieje lub istnieje w nadmiarze. Dostęp do duszy zablokowany, by nie
zostać rozbrojonym czyli osłabionym. Nie wypada być słabym. Lepiej,
łatwiej być zdystansowanym. Ciekawość i otwartość zestrzelona. Tylko
słowa pojawiają się od czasu do czasu. Moralność nie ceni już gestów.
Przetrwała powierzchowność. Lekkość bytu wszechobecna. Lekkość myśli
rutynowa. Wizja lepszej przyszłości wyparła chęć walki o dobre dzisiaj.
Żyjemy nieobecni. Przytomni, lecz we śnie jak nasza wrażliwość. Skupiamy
się na „później” rozmyślamy o „wcześniej”, nie mamy czasu na „teraz”.
Lunatycy bez wytchnienia. Brak siły do budowania i zmieniania. Niemoc
nieakceptowana, siła odrzucana. Teraz przyszła pora na koniec mydlenia.
Śpimy?